Moja historia

Moja historia

  • Post author:
  • Post category:Blog

Wszechświat mnie wspiera.

Życie i Bóg mi sprzyja.

Jestem bezpieczna, chroniona i prowadzona.

Dziś moje serce z lekkością chłonie te słowa.

Dziś wiem, że w życiu nic nie może pójść źle.

Dziś wiem, że w życiu nic nie dzieje się przez przypadek i wszystko ma głębszy sens.

Dziś wiem, że pomimo bólu, smutku, rozpaczy, lęku, chwil zwątpienia, chwil, gdzie myślałam, że nie dam rady, gdy umysł szalał i pisał najczarniejsze scenariusze, gdzie myślałam, że wszystko i wszyscy są przeciwko mnie – zawsze byłam zaopiekowana.

Dziś wiem, że wszysko, czego w życiu doświadczyłam było mi potrzebne.

Dziś jestem wdzięczna za wszystko, czego doświadczyłam.

Dziś wiem, że wszystkie przyczyny i rozwiązania są we mnie.

Dziś wiem, że moje postrzeganie tworzy moją rzeczywistośc i każdy żyje na miarę poziomu swojej świadomości i to jest ok.

Oj nie zawsze tak było.

Kiedyś myśłałm, że życie mi się przydarza, jest ciężkie i niesprawiedliwe.

Kiedyś myślałam, że o wszystko muszę walczyć i wszystko kontrolować.

Kiedyś myśłam, że zawsze muszę być silna i ze wszystkim radzić sobie sama.

Kiedyś wszystkiego się bałam i wiele rzeczy robiłam z poczucia lęku.

Kiedyś myślałam, że pewne rzeczy w życiu przydażają mi się za karę a na wiele rzeczy po prostu nie zasluguję.

Kiedyś często obrażałam się na Boga, na życie, winnych szukałam na zewnątrz.

Kiedyś myślałam, że aby przetrwać w tym świecie muszę być twarda i się do niego dostosować i w sumie nigdy do końca nie wiedziałam co to znaczy i jaka właściwie mam być.

I czasem jest tak, że nie wszystko trzeba wiedzieć i widzieć od razu.

Czasem jest tak, że żebyś się obudziła i ruszyla do przodu Bóg/Życie musi Cię trochę podkopać (choć nie jest to wymóg konieczny:).

Czasem jest tak, że wszystko musi się rozpaść całkowicie, by mogło zbudować się na nowo.

Czasem jest tak, że koniec oznacza nowy początek.

I czasem jest też tak, że to, co uważałaś za swoja największą tragedię życiową staje się Twoim największym błogosławieństwem.

I czasem nie od razu to rozumiesz:)

Mój względnie uporządkowany świat (bynajmniej ten zewnętrzny) zawalił się 8 lat temu, kiedy specjaliści wystawili diagnozę mojemu dziecku – autyzm, upośledzenie umysłowe w stopniu znacznym. Jak dziś pamiętam te słowa “Nigdy nie będzie mówił i nawiązywał kontaktu z otoczeniem. Nawet jeśli jakimś cudem zacznie mówić to jego mowa i tak nie będzie funkcjonalna. Czeka panią ciężka i frustrująca praca ale proszę nie robić sobie nadziei.” Mimo, że cały mój świat legł w gruzach, wszystkie moje plany, marzenia, wyobrażenia na temat tego jak ma wyglądać moje życie prysnęły niczym bańka mydlana – nie miałam na to wewnętrznej zgody, coś od środka mówiło mi nie wierz, nie tędy droga. I dziś sama sobie się dziwię skąd we mnie wtedy było tyle siły i odwagi, by pójść za tym głosem i odrzucić słowa tych, którzy z tym zaburzeniem stykali się na co dzień i mieli ogromną wiedzę na jego temat. Ja na temat autyzmu wiedziałam tylko tyle, że to nieuleczalna choroba i że chorzy żyją w swoim świecie. Mimo to postanowiłam, że spróbuję inaczej, biorę sprawy w swoje ręce i choćby nie wiem co wyciągnę moje dziecko z autyzmu:). Czy się bałam? Oczywiście! Ale podjęłam wyzwanie – w sumie co miałam do stracenia, potencjał mojego dziecka i tak pogrzebano:) Do tego, co sobie wymyśliłam potrzebowałam też pomocy innych ludzi, którzy zupełnie bezinteresownie zdecydowaliby się poświęcić minimum 2 godziny tygodniowo mojemu dziecku- być z nim, budować relację, towarzyszyć w zabawie i otwieraniu się na świat. I gdy dawałam ogłoszenie po cichu modliłam się, by znalazła się choć jedna osoba. A tu bach zgłosiło się w sumie 15 fantastycznych dziewczyn, w pewnym momencie musiałam zdjąć ogłoszenie, bo nie ogarniałam. I choć wtedy kompletnie tego nie rozumiałam, bo mój poziom świadomości był zupełnie inny, to dziś wiem, że to, co się stało było nie było przypadkiem a odpowiedzią na czyste i szczere pragnienie mojego serca. Byłam tak zdeterminowana, zrobiłam ruch DO, wysłałam sygnał do Wszechświata a ten zajął się całą resztą.

Jak się domyślasz to nie koniec tej historii i wcale taka cukierkowa ona nie była:). Zmagałam się z róźnymi wyzwaniami i popełnilam masę błędów po drodze a największym było chyba to, że w tym wszystkim zapomniałam o sobie i oczekiwałam od swojego dziecka czegoś, czego sama nie potrafiłam zrobić. Liczyłam na to, że moje dziecko będzie miało silne poczucie własnej wartości, że będzie radziło sobie z emocjami, że będzie pogodne, szczęśliwe, elastyczne, że z radością, ciekawością i pewnością siebie będzie pokonywać swoje wyzwania i ograniczenia i otwierać sie na świat podczas gdy ja tego wszystkiego nie umiałam. Byłam przekonana, że dla dobra mojego dziecka powinnam “poświęcić” siebie i skupić się tylko na nim, nieważne to, co ja chcę tylko to, co dla niego dobre. I tak z dnia na dzień coraz bardziej oddalałam się od siebie, od swoich potrzeb i pragnień. Udawałam, że ze wszystkim świetnie sobie radzę i nie potrzebuję nikogo ani niczego do pomocy i w konsekwencji doprowadziłam się się stanu całkowitego odrętwienia, nie czułam nic poza przeszywającą pustką, żyłam od wakacji do wakacji, gdzie choć na chwilę mogłam uciec od swojej codzieności. Choć pozornie otoczona byłam wszystkim, co może uczynić życie szczęśliwym i przyjemnym to nie potrafiłam się tym cieszyć i odczuwać, w niczym nie widziałam sensu a i moje zdrowie zaczęło się sypać. Jedyne co wiedziałam to, że powinnam utrzymać pozory normalności, przykleić uśmiech, udać pewność siebie mimo, że w środku panował jeden wielki chaos i tęsknota za niewadomo za czym. Odcięłam się od siebie na każdym z możliwych poziomów…od emocji, ciała, duszy a moje dziecko poprzez swoje “trudne” zachowania tylko pokazywało mi to, co we mnie wołało u uwagę, na co ja patrzeć nie chciałam, wypierałam i głęboko chowałam, ale wtedy zupełnie tego nie rozumiałam.


I przyszedł taki dzień, w którym powiedziałam sobie dość “Boże nie wiem dlaczego tak się czuję, ale ja już dłużej tak nie chcę, nie mogę, zrób coś!”. I znowu odpowiednie miejsca, wydarzenia, ludzie…a właściwie kobiety. Cudowne kobiety, które nie kazały brać się w garść tylko bez oceniania i osądzania dawały obecność, zrozumienie, wsparcie, przestrzeń do stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Kobiety, które z łagodnością i delikatnością poprowadziły mnie przez proces powrotu do siebie, odkrywania, ukochania siebie, zintegrowania tych wypartych i odrzuconych części mnie. I taki był początek uzdrawiania mojej historii i pierwsze nieśmiałe kroki w kierunku Miłości:). Dziś wiem, że pustka i tęsknota, którą odczuwałam to była dziura emocjonalna wyżłobiona w dzieciństwie, głód siebie i miłości, którego nie da się ukoić niczym z zewnątrz. Dziś nadal jestem w tym procesie, nadal odkrywam i uczę się siebie, oswajam swoje “demony” i wychodzę ponad swoje ograniczenia, moja świadomość dalej wzrasta i nadal nie przestaje mnie zaskakiwać. Uczę się być sobą i iść SWOJĄ ścieżką, słuchając swojego wewnętrznego głosu.

Dziś już tak naprawdę nic nie jest takie jak było, czuję i widzę więcej, czytam między słowami, sercem do serca.
Dziś mam SIEBIE i wiem, że to ja jestem kreatorką swojego życia a jego jakość determinuje moje wnętrze.
Dziś mój syn jest werbalnym, w pełni komunikatywnym, pogodnym i radosnym chłopcem, który wciąż ma wiele wyzwań ale i ogromne szanse na samodzielne życie w przyszłości, a ja już nie próbuję go zmieniać i “naprawiać”, z uważnością obserwuję co próbuje mi pokazać i czego nauczyć.
Dziś wiem, że wszystko jest takie jak powinno być i wcale nie musi być doskonałe.
Dziś wiem, że mama i dziecko działają w jednym polu, uzdrawiając siebie uzdrawiam swoje dzieci i im bardziej ja zharmonizuje swoje życie tym bardziej będzie zharmonizowane życie moich dzieci – dzieci nas nie słuchają, one nas obserwują, nie mogę wymagać od swoich dzieci czegoś czego sama nie ucieleśniam.
Dziś wiem, że aby matka mogła nakarmić swoje dziecko najpierw musi nakarmić siebie, że żeby kobieta mogła “liderować” swojej rodzinie najpierw musi nauczyć się “liderować” sobie i zadbać o siebie, że relacja ze sobą to najważniejsza relacja w życiu, która rzutuje na jego pozostałe obszary.
Dziś wiem, że każdy ma w sobie wszystko co jest potrzebne, aby cieszyć się zdrowiem, żyć pełnią i spełnieniem i że miłość własna to najbardziej życiodajna energia a ograniczenia, które mamy to te, które same sobie nakładamy bądź przejęłyśmy z zewnątrz i że każdy dostaje od życia tyle, na ile ma odwagę sięgnąć.

Dziś dzięki temu jaką przeszłam drogę i dzięki swoim doświadczeniom mogę wspierać i prowadzić inne kobiety w odkrywaniu siebie, swojej siły i mocy i sięganiu po swoje marzenia.
Dziś wiem, że moje uzdrowienie jest uzdrowieniem wielu innych kobiet, że kiedy kobieta uzdrawia siebie i zaczyna kwitnąć to samo dzieje się ze światem wokół niej.

I nie jest łatwo dzielić się swoją historią, ale jeśli moja historia ma być początkiem uzdrowienia historii chociażby jednej kobiety to z pewnością warto:) Być może Twojej?:)

Ściskam,

Karolina